Murakami sprzedaje ciemne piwo – recenzja „Pierwszej osoby liczby pojedynczej” Harukiego Murakamiego

27 grudnia 2020

Są pisarze, tacy jak Yōko Ogawa, którzy wyraźnie odcinają się od prób interpretowania ich utworów przez pryzmat biografii. Są tacy, jak Osamu Dazai, którzy każdą postać literacką – niezależnie czy męską czy damską – tworzą z elementów autobiograficznych, co wymaga mistrzostwa pozwalającego uniknąć monotonii osobowości kreowanych postaci. Jednak nie ma chyba takich jak Haruki Murakami, który w najnowszej książce robi coś odwrotnego: pisze opowiadania osnute na własnych, ale mało ważnych wspomnieniach, w których kreuje siebie na wzór bohatera w swoim „specyficznym stylu”, powszechnie nazywanym przez krytyków literackich „stylem murakamiowskim”.

Wierny czytelnik Murakamiego dobrze wie, że autor zawsze programowo idzie pod literacki prąd i główne postacie męskie występujące w jego utworach są zawsze bardzo przeciętne, pozbawione wyrazistych rysów osobowościowych, żyjące prostym, nijakim życiem w realnym świecie, który jednak styka się i przenika ze światem nierealnym, onirycznym i symbolicznym… Co za tym idzie do tej pory jego pisarstwo polegało na tworzeniu fikcyjnego bohatera, którego wprowadzał w realność przenikaną przez nierealne wymiary archetypicznej przestrzeni. W nowym zbiorze opowiadań zatytułowanym „Pierwsza osoba liczby pojedynczej” artysta odwraca ten proces i tworzy „autobiografię”, przenosząc postać realnego siebie do fikcyjnego świata prozy.  Czytając tym kluczem odbiorca zbiera składowe elementy budujące odpowiedź na pytanie: Kim jest Murakami?

W tekstach zebranych w nowej książce pisze o sobie, że jest:

pozbawiony przymiotów ciała, które zapewniły by mu powodzenie u kobiet:

„nie chcę zostać źle zrozumiany, więc od razu wyjaśnię, że nie byłem ani przystojny, ani wysportowany, ani nie wyróżniałem się w nauce. Nie umiałem śpiewać, nie byłem elokwentny. Dlatego ani w szkole, ani później nigdy nie miałem wielkiego p o w o d z e n i a u kobiet. Nie jest to oczywiście powód do dumy, ale za to jedna z niewielu rzeczy w życiu, co do których mam  całkowitą pewność.”[1],

a jednocześnie mężczyzną, który „miał bliskie stosunki” z wieloma kobietami, które opisuje zawsze bezimiennie oceniając według urody:

„która nie była może brzydka, ale z d e c y d o w a n i e nie wyróżniała się urodą”[2],

”była najbrzydszą kobietą, jaką znałem”[3],

„Koło trzydziestki, prawdziwa piękność”[4],

dogłębnym znawcą muzyki:

„Za wspaniałe utwory na najwyższym poziomie, do których nie można się o nic przyczepić, uznaliśmy kilka sonat Schuberta i kompozycje na fortepian Schumanna.”[5],

kibicem sportowym, kibicujującym zawsze przegrywającej drużynie Yakult Swallows:

„Żal mi Yakult Swallows. Żal mi stadionu Jingū”.[6],

studentem literatury, który nie zamierzał zostać pisarzem:

„W tamtym czasie wcale nie zamierzałem zostać powieściopisarzem. Nawet nie przyszło mi to do głowy (chociaż na moim roku było pełno ludzi mających takie ambicje).”[7],

i filozofem:

„Czas to zawsze ten sam czas. Minuta jest minutą, a godzina godziną. Musimy go cenić. Musimy osiągnąć porozumienie z czasem, żeby zostały nam po nim jak najlepsze wspomnienia – to jest najważniejsze.”[8],

„Zrozumienie jej brzydoty wymagało czasu. W pewnym stopniu potrzebne były do tego instynkt oraz zasady filozofii i etyki. I do tego pewnie jeszcze doświadczenie życiowe. Kiedy człowiek spędzał z nią czas, na pewnym etapie zaczynał czuć niewielką dumę z faktu, że ma odpowiedni instynkt, zasady filozofii, etyki i doświadczenie życiowe.”[9],

żyjącym w świecie pełnym niezwykłych zdarzeń:

„Kiedy mówię „coś niezwykłego”, mam na myśli wydarzenia równie nieprawdopodobne jak to, że wychodzę wieczorem na spacer i akurat jest zaćmienie Księżyca albo spotykam w pobliskim parku sympatycznego trójkolorowego kocura.”[10],

i dziejących się cudów:

„to był naprawdę rok cudów. W tym samym roku ja też skończyłem dwadzieścia dziewięć lat i po raz pierwszy napisałem coś w rodzaju powieści.”[11],

„Czasami mają miejsce takie niewyjaśnione, nielogiczne wydarzenia, którymi jesteśmy głęboko poruszeni. Wtedy chyba najlepiej o niczym nie myśleć, niczego nie rozważać, tylko po prostu zamknąć oczy i przeczekać.”[12],

narratorem kokietującym, kiedy pojawia się kwestia jego wieku:

„To prawie historia starożytna.”[13],

„Nie wiem, jak to się stało, że osiągnąłem tak zwany podeszły wiek, choć przecież jeszcze nie tak dawno byłem młodym chłopakiem.”[14],

i tłumaczący się ze swojej pracy pisarzem:

Jako powieściopisarz często doświadczam tego samego co on. I nabieram ochoty, żeby przeprosić cały świat. „Przepraszam bardzo. Mam tylko ciemne piwo…”[15].

Tyle można wyczytać za pierwszym czytaniem nowej książki. Pozornie nic nowego. Nowe teksty zbudowane są ze stałych elementów, stałych scenografii, stałych konstruktów myślowych, oraz stałego stylu znanych z wcześniejszych utworów. Drugie czytanie pozwala jednak dostrzec sprytny zamysł powieściopisarza. Murakami tym razem zadbał, by każde opowiadanie z osobna stało się odwołaniem do form, które stosował w swoich wcześniejszych tekstach – szczególnie w opasłych tomach swoich powieści. Jednocześnie zaplanował je tak, by każde nich było metaforyczną podróżą do innego świata. Punktem wyjścia jest teraźniejszość, a celem znalezienie odpowiedzi na różne – często głośno niezadane –  pytania na temat swojego „ja” oraz podświadomości w przeszłości. Natomiast swojego bohatera – jak zwykle jest to Boku, choć z biegiem czasu i następstwem opisywanych wydarzeń dojrzewa do Watashi[16] – osadza w charakterystycznej dla siebie hiper-rzeczywistości nawiązującej do Baudrillarda, która ma nie tylko uzasadnić konstrukt bohatera, ale także odwrócić uwagę czytelnika od punktów naprawdę ważnych dla narracji, czyli wewnętrznych stanów emocjonalnych czy postaw moralnych bohatera.

H. Murakami, Pierwsza osoba liczby pojedynczej, Muza S.A.

Pierwsza historia zatytułowana „Do kamiennej poduszki” (Ishi no makura ni) nawiązuje do symbolicznego odkrywania zatartych i zagubionych już wspomnień które kryją się w metaforycznych dołach – odpowiednikach studni z wcześniejszych utworów. „Śmietanka” (Kuriimu) to sptkanie z alter-ego, które w poprzednich utworach pojawiało się pod postacią cienia lub przyjaciół oraz antagonistów Boku. Tym razem w altance młody bohater, który gubi się w tradycyjnym murakamiowskim labiryncie – jest to w tym tekście „labirynt własnych uczuć” –  spotyka siebie samego, ale już na finiszu życia. „Charlie Parker Plays Bossa Nova” (Chārii Pākā pureizu bosanova) to z kolei wizja przenikanikających się alternatywnych światów na granicy jawy i snu. To kolejny motyw znany już z na przykład z „Kroniki ptaka nakręcacza”. „With the Beatles” (Wizu za Biitoruzu) stanowi rozliczenie z popkulturą, traumą i poczuciem winy po samobójstwie dawnej dziewczyny i napisane zostało w formie nieco naiwnej rozprawki szkolnej. Można w nim usłyszeć echa „Norwegian Wood”. „Wiersze zebrane o drużynie Yakult Swallows” (Yakuruto Suwarōzu shishū) – to chyba najtrudniejszy w odbiorze tekst, bo jest próbą przemycenia pod postacią pastiszu czy komedii z lekkim rysem szkolnego wypracowania tekstu o własnym indywidualizmie. Co więcej poezja zawarta w tym tekście jest przerysowana i naprawdę kiepska. „Karnawał” (Shanikusai) natomiast jest tekstem bardzo muzycznym. Czytelnicy Murakamiego wiedzą doskonale, że muzyka jest równorzędnym elementem tworzenia tekstów dla pisarza, jak słowa. Tym razem jest to opowiadanie o języku muzyki i ludziach przywdziewających w życiu codziennym maski. I o tym, że piękno i brzydota często są elementami składowymi tego samego zjawiska. „Wyznanie małpy z Shinagawy” (Shinagawazaru no kokuhaku) to skrócona wersja bajek magicznych według Proppa. To ulubiony konstrukt Murakamiego – możemy go odnaleźć we wszystkich dotychczasowych powieściach autora. Można się pokusić o stwierdzenie, że to taki „murakamiowski rys” w powieści, w której bohater wędruje przez inne światy i stany, przechodzi próby inicjacyjne, poznaje nierealne istoty i odkrywa skarb prawdy lub własnego „ja”. „Pierwsza osoba liczby pojedynczej” (Ichininshō tansū) zamykająca nowy tom opowiadań, ukazuje Chandlerowskiego bohatera wyjętego z kryminałów hardboiled, który za pomocą symbolu lustra odkrywa oszusta w samym sobie. Narrator ukazuje siebie na wzór złych bohaterów własnych powieści utworzonych na modłę powieści kryminalnych.

W efekcie z tekstów nowo wydanych opowiadań powstaje bardzo ładna układanka form, stylu, motywów przewodnich oraz symboli namiętnie używanych przez powieściopisarza. Dobrze, że tym razem nie jest to opasły tom, a nieco ponad 200-stu stronnicowa książka, którą czyta się bardzo przyjemnie. Murakami daje czytelnikowi do ręki przewodnik po swoim pisarstwie. Wielbiciel zaznajomiony ze wszystkimi tekstami może dzięki niemu posegregować, skatalogować i nawet utworzyć coś w rodzaju „systematyki powieści Murakamiego” (nazwijmy ją taksinomia murakamiensis), natomiast czytelnik tylko od czasu do czasu sięgający po książki tego autora zachwyci się niejednorodną przestrzenią świata bohaterów, balansowaniem na granicy kultur Wschodu i Zachodu oraz antyintelektualnym podejściem do uczuciowych stanów bohaterów. To zestaw środków, który odbiorców Murakamiego zawsze satysfakcjonuje. Tak jak poprzednia książka autobiograficzna „Zawód: powieściopisarz” z 2017 roku nowa książka miała znowu nieść ze sobą obietnicę dostępu do prawdziwego Murakamiego. Jednak pytanie, jakim jest pisarzem zostaje bez pełnej odpowiedzi – choć cząstkową odpowiedź autor sam przemyca w „Karnawale”, w którym znajdziemy pasaż o Shumannie. Jeśli się go odpowiednio naświetli, staje się fragmentem o autorze:

„Murakami zasadniczo nie przepadał za klasycznymi formami, takimi jak na przykład powieść obyczajowa, jego styl czasami przybierał nieuchwytną formę sennych marzeń. Oddalił się od ogólnie akceptowanego klasycyzmu i próbował stworzyć nową literaturę postmodernistyczną, ale zdaniem wielu jemu współczesnych utwory Murakamiego były wyłącznie ekscentryczne, pozbawione solidnej podstawy i treści. W końcu jednak jego nieomal zuchwała ekscentryczność stała się potężną siłą napędową literatury postmodernizmu.”[17]

Być może też Murakami sam podsumowuje siebie w ostatnim opowiadaniu:

„Ale tego dnia przeglądając się w lustrze, poczułem się nieswojo, jakbym miał nieczyste sumienie. N i e c z y s t e  s u m i e n i e? Jak by to wyrazić. To uczucie przypomniało wyrzuty sumienia, z jakimi musi żyć ktoś, kto wysłał gdzieś częściowo sfabrykowany życiorys. Może nie złamał prawa, tylko przedstawił coś w fałszywym świetle, co jest głównie problemem natury etycznej. Wie, że nie należy tak postępować, że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale nie może się powstrzymać.”[18]

Puenta tego tomu? Murakami jak zawsze bawi się z czytelnikie dając mu przynętę, ale nie pozwalając na pochwycenie siebie. Co więcej, oferuje tylko symboliczne zakończenie, które jak zawsze jest straszne – bohater wychodzi w nowy świat…

Jednak tym razem jednak „realny” bohater wychodzi w BARDZO straszny świat.

Czy to wizja świata posmurakamiowskiego?

Monika Szyszka


Tytuł: Pierwsza osoba liczby pojedynczej
Tytuł oryg.: Ichininshō tansū (一人称単数)
Autor: Haruki Murakami
Tłumacz: Anna Zielińska-Elliott
Wydawca: Muza S.A.
Data wydania: listopad 2020 r.
ISBN: 978-83-287-1526-4


[1]    Str. 79
[2]    Str. 168
[3]    Str. 143
[4]    Str. 197
[5]    Str. 152
[6]    Str. 118
[7]    Str. 14
[8]    Str. 138
[9]    Str. 150
[10]  Str. 118
[11]  Str. 123
[12]  Str. 45
[13]  Str. 27
[14]  Str. 71
[15]  Str. 138
[16]  Boku to męski zaimek nieformalny pierwszej osoby, watashi to wersja formalna.
[17]  Porównaj str. 155-156
[18]  Str. 209-210

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.