W cieniu atomu – recenzja książki „Riku i królestwo bieli”

Od trzęsienia ziemi i katastrofalnego tsunami w Fukushimie minęło już ponad 10 lat. Świat pogrążony w chaosie pandemicznym i przygnieciony spadkiem ekonomicznym o tej tragedii już nie pamięta. Jednak w Japonii skutki nadal są odczuwalne na wielu poziomach. I o tym też głośno się nie mówi, bo w większości są to problemy wciąż nierozwiązane: skażona woda używana do schłodzenia rdzenia elektrowni, przesiedleni mieszkańcy, którzy nadal mieszkają w tymczasowych domach na tymczasowych osiedlach, sterty worków ze skażona ziemią zalegające bez zabezpieczenia czy ostracyzm społeczny wobec mieszkańców terenów dotkniętych nieszczęściem…

Temat Fukushimy nadal zamiatany jest pod dywan, a zastępują go tematy bieżące, czyli olimpiada i pandemia. A kiedy już wypływa, zawsze uderza się w krytyczny ton i wytyka Japonii kolejne potknięcia i błędy organizacyjne, brak chęci solidarnej współpracy, czy ciągły brak procedur w sytuacjach awaryjnych. To jest ton dorosłych – ten, który dominuje w mediach, debatach społecznych czy dyskusjach politycznych. I jak okazuje się w praktyce na przestrzeni wielu lat,  ton, który na dłuższą metę do nikogo nie przemawia i nie nakłania do działań. Randy Taguchi w obliczu takiego skomplikowanego tła społeczno-politycznego napisała książkę, która przemawia inaczej. Opisuje historię chłopca, którego losy splecione są z Fukushimą. I mogłoby się wydawać, że wyjście z takiego punktu daje dużą swobodę i lekkość formy. Trzeba jednak pamiętać, że temat Fukushimy oscyluje wokół zdarzeń i doświadczeń skrajnie bolesnych dla wielu ludzi. A zatem, jak pisać o nieobliczalnych siłach natury, o niepewnym ludzkim losie, o błędach technologicznych, hipokryzji, niekonsekwencji, śmierci i utracie przyszłości?

R. Taguchi, Riku i królestwo bieli, Kirin.

Taguchi wybrała formę opowieści z perspektywy dziesięciolatka – dziecka jeszcze, które zostaje wyrwane ze swojego codziennego, wydawałoby się, bezpiecznego życia i przeflancowany w skażony rejon. Z samego założenia jest to pomysł nietypowy, bo duża część ludzi dotkniętych kataklizmem wybrała, lub musiała wybrać drogę w przeciwną stronę – ucieczki od centrum skażenia. Taguchi zdecydowała się uczynić narratorem opowieści dzieciaka z zewnątrz i jest to zabieg, który pozwala kontrastowo naświetlić kilka zjawisk społecznych naraz. Ramami powieści jest historia Riku, który, dwa lata wcześniej stracił matkę, a teraz wskutek nieprzewidywalnego splotu wydarzeń, przeprowadza się do Makigahary, która znajduje się w skażonej zonie. Część pierwsza powieści – najobszerniejsza i najbardziej przytłaczająca – ukazuje zderzenie z całkowicie nową rzeczywistością. Mocno pobrzmiewa w niej echo japońskiego poczucia obowiązku giri – ojciec Riku jest psychologiem, ale jeszcze przed katastrofą zobowiązał się do relokacji w ramach pracy. Poznajemy go i jego syna w chwili wyjazdu z Utsunomiyi, kiedy pełni obaw, wewnętrznych sprzeczności, rozterek i smutku, wypełniając powinność, ruszają do nowego domu. Dla Riku Utsunomiya jest domem rodzinnym, oswojonym i bezpiecznym światem, w którym ma przyjaciół i w miarę beztroskie życie. W miarę, bo mały bohater jest już naznaczony smutkiem straty matki. Świat dzieci jednak wydaje się być mniej skomplikowany:

Dziesięcioletni Riku miał w sobie jeszcze odrobinę pogody ducha – wystarczająco, by jak szczeniaczek akceptować wszystko, co go spotykało, więc nie martwił się aż tak bardzo.[1]

Dla chłopca w samej przeprowadzce jest element ekscytacji:

Wyglądało to jakby jechali na wycieczkę do Fukushimy.[2]

Rejon Fukushimy oglądany oczyma Riku, jawi się jak świat z katastroficznych filmów o zombi. Tym sprytnym zabiegiem posłużyła się autorka zapewne z dwóch powodów: po pierwsze, żeby pokazać, że współczesne japońskie dzieciaki od małego karmione mediami, postrzegają realny świat z banalnej, okrojonej, naiwnej i jednak przefiltrowanej pop-kulturowo perspektywy. Z drugiej strony, patrząc oczyma Riku, czytelnik ma szansę oswajać się z faktycznym krajobrazem po katastrofie stopniowo. Chłopiec czuje się jak bohater własnego filmu. Jednak wchodząc głębiej w realia strefy, dostrzega, że życie tam to nie film. Do szkoły, która jest szczelnie pozamykana w obawie przed promieniowaniem, dzieci chodzą w maseczkach, ubrane od stóp do głów i z dyndającymi dozymetrami na szyjach. Niektóre z nich znikają, a codzienność wygląda jak sceny z filmu Pogromcy duchów. W szkole obiady przygotowywane są z rezerw żywieniowych, zajęcia i możliwości integracji są okrojone do minimum. Wszystko wydaje się nierealne:

Jechałem widmowym autobusem do widmowej szkoły[3]

Jednak okazuje, że to najprawdziwsza i to na dodatek ubezwłasnowolniająca rzeczywistość. Dzieci nie mogą się bawić na zewnątrz, nie ma mowy o jeździe na rowerze, nie ma radości i beztroski. Od czasu do czasu przyjeżdżają wolontariusze i gotują posiłki, jednak dzieci też już są tym znużone, bo zauważają, że często nie chodzi o nie, tylko o wprowadzenie idei pomocowej w życie i odfajkowanie działań prospołecznych. Riku, choć nie czuje się obco i zostaje bez problemów przyjęty przez kolegów – co w przypadku przenosin do nowej szkoły nie zawsze w Japonii jest normą –  zaczyna czuć się odarty z wolności i normalnego dzieciństwa. Dostrzega jednak, że jego sytuacja, choć jest nietypowa, nie jest najgorsza. Do klasy dochodzi nowy kolega Hiroki, który został ewakuowany ze strefy największego skażenia. W tej sytuacji bohater dostrzega, że ludzkie losy mogą podlegać gradacji: dzieci ze szkoły plasują się pośrodku, bo żyją w strefie średniego skażenia, on przybył ze świata bez skażenia, natomiast Hiroki okazuje się tym, który wyciągnął zły los. Taguchi odmalowuje w tym momencie świat w miniaturze i losy dzieci na loterii życia. Dziecięcy bohater przechodzi przyśpieszony kurs dojrzewania. Na wakacje wraca do normalnego świata, by spędzić czas w Jokohamie wraz z rodziną siostry zmarłej matki. Jokohama to punkt geograficzny, w którym autorka ukazuje standardy – zarówno życia, jak i mentalności współczesnych Japończyków. Ciocia Midori to postać stworzona dla uzmysłowienia czytelnikowi, jak wyglądała sprawa katastrofy z perspektywy mieszkańców spoza rejonu skażenia. Autorka ukuła pewien schemat postaci, który ma ukazać kontrast społeczny. Ciotka jest świetnie poinformowana: wie wszystko o szkodliwości promieniowania, wie, czego należy unikać i czym grozi przebywanie w strefie. Zasypuje Riku i jego ojca dobrymi radami, ale nie po to by ich chronić, ale raczej żeby uciszyć swój niepokój i sumienie. Jest tym głosem społecznym, który się mocno i autorytatywnie wypowiada, ale nigdy nie ogląda realiów na własne oczy. Tokio i Jokohama wglądają „Jakby nic się nie stało, jakby nie było ani trzęsienia ziemi, ani katastrofy.”[4] i to właśnie tutaj Riku doświadcza dyskryminacji i odrzucenia. Ciocia Midori odkaża jego ubrania i nakazuje mu się bardzo dokładnie umyć, by zmyć promieniowanie, a kuzynostwo nie chce, by dotykał ich rzeczy. Riku odkrywa, że zmienił się w kogoś innego i zaczyna odczuwać samotność.

Część druga opisuje wyjazd dzieci z Fukushimy na Hokkaidō na homestay. Warto zaznaczyć, że tak jak Tokio i Jokohama są symbolami współczesnej wielkomiejskiej, rozwiniętej i „świadomej” Japonii, tak Hokkaidō, odsunięte na prowincję wciąż jest uważane za zapóźnioną i „dziką północ”, w której panują różnego rodzaju ludowe zabobony. Taguchi stawia na mocny kontrast zarówno w kwestii tła, jakim staje się ogromny, tradycyjny dom i zasypane śniegiem pełne natury Hokkaidō oraz ciepłych, otwartych i serdecznych mieszkańców wyspy. Motyw przeciwstawiania Japonii nowoczesnej i industrialnej z tą rustykalną i nieco zapyziałą jest dość częstym sposobem w literaturze japońskiej na ukazanie kontrastu mentalnego, a co za tym idzie moralnego. Okazuje się, że dzieci, zmaltretowane psychicznie przez pełne ograniczeń życie w Fukushimie, nareszcie mogą odetchnąć pośród dzikości prowincji. Riku, jako najstarszy ma obowiązek dopilnowania, by młodsza dziatwa zachowywała się grzecznie. Odkrywa też, że otwiera się przed nim nowa tajemna kraina, która stanowi szczelinę pomiędzy profanum opresyjnego życia codziennego, a białą, śnieżną przestrzenią sacrum, w której przebywa jego zmarła matka. I to właśnie tu, a nie w Fukushimie nad brzegiem morza spotyka ducha. Spotkanie z Taiju, czyli duchem chłopca z wielkiego domostwa, któremu towarzyszy tonchi, czyli skrzat, jest oczywiście przenośnią, choć pięknie wpisuje się  w psychologiczne zjawisko, jakim jest niewidzialny przyjaciel, który towarzyszy samotności dzieci. Dzięki temu spotkaniu, Riku, który, jak i inne dzieci, zostaje pozostawiony sam sobie ze swoimi problemami, samotnością, złością i bezsilnością, znajduje ścieżkę do akceptacji rzeczywistości:

Wszystko przemija: i to, co przyjemne, i to, co przykre, wszystko.[5]

Tytuł powieści Riku i królestwo bieli – co jest dokładnym przekładem z języka japońskiego – ma celowo sugerować pewien poziom bajkowości. Taguchi z rozmysłem, podporządkowuje tej formie drugą część powieści, aby pokazać, jak na poziomie psychiki dziesięciolatek radzi sobie z traumami. Delikatnie też przemyca sugestie, jak można pomóc dzieciakom dotkniętym katastrofą –  dzieciom, które nie tylko muszą żyć w skażonym środowisku, ale które straciły rodziny w tsunami.

Część trzecia opisuje powrót dzieciaków do „domu”, czyli do strefy. To smutne rozdziały o pogodzeniu się z życiem, jakie jest i wymuszonej akceptacji. Pozornie wszystko wygląda dobrze. Nikt nie choruje, a życie jakoś płynie. Jednak pojawia się niejednoznacznie chory człowiek, który twierdzi, że promieniowanie zabija. Nikt nie może stwierdzić, czy jest chory na ciele, czy może jednak na umyśle. Riku jednak mu ufa, bo tajemniczy mężczyzna widzi skrzata. Fakty jednak dopadają chłopca, kiedy poznaje włoskiego wolontariusza, który traktując go jak dorosłego, pokazuje mu swój film dokumentalny o Fukushimie. To tajny film o sekretach, które dorośli starali się ukryć przed całym światem. Riku widzi wybuchający reaktor, samochody ewakuujących się mieszkańców stojące w korkach, żołnierzy w maskach, pracowników TEPCO ze spuszczonymi głowami, swoją szkołę i dzieci ćwiczące w sali gimnastycznej w maskach, ludzi mierzących wysokie promieniowanie, setki padłych zwierząt i setki białych trumien… Włoch udziela też Riku ważnej lekcji, mówiąc:

Jesteś nie tylko wrażliwy, ale i odważny. Jest takie powiedzenie, że żeby żyć, trzeba być silnym, ale żeby to życie miało jakąkolwiek wartość, trzeba być wrażliwym.[6]

Nie dajcie się zwieść, mimo przyjętej formy opowieści dziesięciolatka to nie jest książka dla dzieci. Zaskakujące jest też, że mimo że tekst ten powstał na zamówienie jak pewnego rodzaju raport z działalności projektu Fukushima Kids, autorka stworzyła z niego pełnoprawną powieść, z wyraziście zarysowanymi postaciami reprezentującymi realne postawy moralne. Autorka w powieści stara się nie mówić wprost. Poprzez opisy i sugestywne przedstawienia  ukazuje poziom skomplikowania sytuacji. Naświetla problemy, ukazuje brak sensownych rozwiązań, gniew dorosłych, agresję dzieci, społeczny ostracyzm, ignorancję, brak empatii i w końcu bezsilność dzieci, które widzą hipokryzję dorosłych, ale nie mogą z nimi walczyć. Wykreowała także bardzo spójny, choć może nieco wyjątkowy obraz psychiki dziesięciolatka, co jest jak najbardziej zgodne z regułą kreowania bohatera gatunku. Do tego stworzyła tło z realnych i przerażających faktów fukushimskich, które dają czytelnikowi wgląd nie od strony rozumu zbałamuconego medialnym przekazem ale od strony serca.

Po lekturze czytelnik pozostaje z dręczącym pytaniem: Czy Riku istnieje naprawdę? Można przypuszczać, że w postaci chłopca z książki nie. Jednak z pewnością można go odnaleźć w każdej ofierze katastrofy w Fukushimie.

Monika Szyszka


Tytuł: Riku i królestwo bieli
Tytuł oryg.: Riku to shiro no ōkoku (リクと白の王国)
Autor: Randy Taguchi
Tłumacz: Anna Grajny
Wydawca: Kirin
Data wydania: listopad 2021 r.
ISBN: 9788366627093


[1]s. 16
[2]s. 17
[3]s. 43
[4]s. 73
[5]s. 156
[6]s. 193