Na marginesie społeczeństwa. Recenzja książki „Stacja Tokio Ueno” Yu Miri

Gdy mowa o japońskim rynku pracy zwykle pierwsza myśl jaka przychodzi nam do głowy to system dożywotniego zatrudnienia u jednego pracodawcy (shūshin koyō seido), który od czasów powojennych był charakterystycznym elementem japońskiej polityki gospodarczej. Lojalność i praktycznie bezgraniczne oddanie pracodawcy, a co za tym idzie liczne nadgodziny spędzone przy biurku; konieczność przejścia przez wszystkie szczeble kariery do upragnionego stanowiska niezależnie od indywidualnych umiejętności; zarobki zależne od stażu a nie kwalifikacji; gwarancja zatrudnienia do emerytury – pomimo upływu lat w ten właśnie sposób wciąż postrzegamy los japońskiego pracownika. Jednak shūshin koyō od lat chwieje się w posadach.

Zgodnie z ostatnim raportem ekonomicznym OECD[1] w 2016 roku na umowę bezterminową zatrudnionych było średnio 46,7% japońskich mężczyzn w przedziale wiekowym 19-29 lat. Współczynnik ten drastycznie spada wraz z rosnącym wiekiem pracownika i dla Japończyków w wieku 50-59 wynosi średnio 23,8%, przy czym statystykę windują duże przedsiębiorstwa (38,9%), podczas gdy w małych firmach na umowę bezterminową może liczyć zaledwie co trzynasty pracownik (7,3%). Oznacza to, że praktycznie połowa japońskiej siły roboczej to pracownicy kontraktowi, którzy borykają się z niepewnością dnia jutrzejszego i skrajnym ubóstwem. Do tej grupy zalicza się również Kazu, narrator powieści Yū Miri Stacja Tokio Ueno.

Główny bohater to stereotypowy pracownik zleceniowy – urodzony w biednej, wielodzietnej rodzinie na prowincji, bez wyższego wykształcenia, który ima się każdej możliwej pracy fizycznej, by związać koniec z końcem, bez szans na wyrwanie się z trudnej sytuacji. Poznajemy go jako depresyjnego introwertyka, który sam siebie postrzega jako małomównego pechowca o przeciętnej urodzie. Pomimo wszystko udało mu się założyć rodzinę i spłodzić dwójkę dzieci. Nie sprawia to jednak, że ich sytuacja życiowa ulega poprawie. Wręcz przeciwnie. Mając na utrzymaniu już nie tylko siebie Kazu zmuszony jest do jeszcze większego wysiłku z dala od domu. Z jego wspomnień dowiadujemy się, że nie mogąc znaleźć zatrudnienia w swoim mieście wyruszył do Tokio, gdzie spędził wiele lat ciężko pracując. Biorąc pod uwagę, że mowa o latach 60. i 70. XX wieku to możliwości kontaktu z rodziną były znacznie ograniczone w porównaniu do dzisiejszych nowinek technologicznych. Jego jedynym wiernym towarzyszem była samotność.

M. Yū, Stacja Tokio Ueno, WUJ.

Animizacja, oniryzm, symbolika to środki, po które często sięgają pisarze by otworzyć sobie możliwość do swobodnego rozprawienia się z trudnym społecznie czy moralnie tematem. Uczynienie protagonisty duchem nie sprawia jednak, że proza Yū Miri nabiera metafizycznej głębi. Sposób prowadzenia narracji i (nie)kształtowania głównego bohatera nie ułatwia czytelnikowi zaangażowanie się w lekturę. Chociaż liczne retrospekcje z życia Kazu okraszone wstawkami historycznymi budują stopniowo przygnębiający obraz samotnego człowieka, który nie jest w stanie wyrwać się z biedy, to beznamiętny i suchy styl autorki sprawia, że fragmenty te czyta się jak zło konieczne, jak niewiele wnoszącą wierszówkę. Zasadniczo jedyny moment, gdy możemy nawiązać emocjonalną więź z bohaterem to wspomnienie śmierci jego syna i żony. Na tę krótką chwilę stajemy się elementem świata przedstawionego, współdzielimy ból Kazu po stracie najbliższych, poznajemy jego rozterki na temat sensu życia, bezradności i przemijania. Czy warto tyrać jak wół z dala od rodziny i nie widzieć jak dorastają własne dzieci? Czy życie nas w jakiś sposób nagrodzi jeśli będziemy ciężko pracować? Dlaczego los jest tak okrutny? I to jest właściwe clou tej powieści, a nie bezdomność, jej przyczyny, ofiary czy skutki. Autorka nie wykorzystuje potencjału drzemiącego w tym temacie, choć jak sama twierdzi dwanaście lat przygotowywała się do napisana tej powieści – nie stara się pokazać różnych aspektów japońskiej bezdomności; nie podejmuje się krytyki rządowej polityki wobec osób, które znalazły się na marginesie społecznym; nie potępia ludzkiej znieczulicy i hipokryzji; nie pogłębia też profilu psychologicznego pracowników dorywczych, którzy stanowią zasadniczą część bezdomnej społeczności. Czytelnik nie dowie się na przykład, że kłopotliwy problem bezdomnych to nie tylko nieestetyczne koczowiska w parku Ueno usuwane przez służby przy okazji wizyt oficjeli, ale systemowa „zmowa milczenia”. W oficjalnych rządowych statystykach figuruje zaledwie cztery i pół tysiąca bezdomnych, gdyż za takie uznaje się wyłącznie osoby, które sypiają pod gołym niebem lub w budynkach użyteczności publicznej, takich jak dworce[2]. Nie uwzględnia się natomiast osób nocujących w samochodach, schroniskach, czy kafejkach internetowych. Tylko tych ostatnich jest w Tokio około czterech tysięcy, co dodatkowo uwydatniła obecna pandemia koronawirusa[3]. Nie dowiemy się też jakie są powody, dla których osoby znalazły się w tej trudnej sytuacji – to nie tylko długi i kryzys ekonomiczny, ale też przemoc domowa, choroby fizyczne (np. epilepsja) lub psychiczne, karalność. Bezdomność, która pojawia się łącznie na kilkunastu stronach jest niczym urokliwa fasada, która ma przykuwać uwagę. Problem polega na tym, że w tym przypadku nie ma na czym na dłużej zawiesić wzroku. Oczywiście można spierać się w ocenie walorów artystycznych czy przyjętej przez pisarkę konwencji literackiej – że ze względu na swój niesztampowy charakter wymagają od czytelnika większej wrażliwości i otwartości, by docenić kunszt autorki – jednak wydaje się, jak gdyby dla wielu krytyków, którzy tak entuzjastycznie przyjęli opowieść, do wyniesienia na piedestał wystarczył sam fakt podjęcia tematu bezdomności kontrastujący z „idealnym” wizerunkiem japońskiego zapracowanego społeczeństwa. Wszak trudno sobie wyobrazić, by w kraju gdzie ludzie zaharowują się na śmierć byli biedni pracujący lub bezdomni. Zestawiając jednak Stację Tokio Ueno z chociażby Sprawą osobistą, w której Ōe Kenzaburō opisuje wewnętrzne zmagania ojca po narodzinach niepełnosprawnego dziecka, czy powieścią Lata mroku Ariyoshi Sawako, poruszającą temat kryzysu norm społecznych w zakresie opieki nad osobami starymi i schorowanymi, to ewidentnym staje się, że dzieło Yū Miri niedomaga na wielu polach. Jest to o tyle zadziwiające i rozczarowujące zarazem, gdyż wcześniejsza twórczość pisarki spotkała się z niekwestionowanym uznaniem i przyniosła jej m.in. literacką nagrodę Nomy i Akutagawy. Nie mając jednak porównania trudno jest ocenić, gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy.

Abstrahując od sfery literackiej polskie wydanie Stacji Tokio Ueno negatywnie zaskakuje w zakresie ostatecznej redakcji, a dokładniej przypisów. W przypadku, gdy w przekładzie literatury pięknej średnio na co drugiej stronie wypada przypis od tłumacza, należałoby się jednak zastanowić czy rzeczywiście jest on niezbędny dla zrozumienia treści przez czytelnika. Niestety wartość informacyjna niektórych przypisów jest znikoma i najlepiej byłoby z nich zrezygnować zawczasu, natomiast część japońskich terminów oznaczonych przypisem swobodnie można przełożyć na język polski. Przykładowo, niezrozumiałym jest pozostawienie w tekście określenia „obrzędy tsuya”, gdy w przypisie wyjaśniono, że jest to po prostu czuwanie przy zmarłym – coś, co jest obecne również w polskiej tradycji pogrzebowej i zasadniczo nie wymaga dopowiedzenia. Natomiast mukaebi można bez problemu zamienić na „ognisko”, gdyż tekstu bezpośrednio wynika kiedy jest rozpalane (Obon) i czemu służy (wskazywać przodkom nasz dom), więc przypis zawierający dokładnie te same informacje jest zbędny. Podobnie rzecz się ma z fusuma (przepierzenie), kamon (herb rodowy), shiromuku (białe ślubne kimono lub strój) czy tsunokakushi (ślubny czepiec – tu dodatkowo wkradła się literówka w zapisie: –chi zamiast –shi na końcu). W przypadku tego ostatniego, można by zrozumieć gdyby przypis wyjaśniał jakże ciekawą etymologię tego terminu, jednak „biała ozdoba głowy panny młodej zakrywająca większość fryzury” to zasadniczo pójście po linii najmniejszego oporu. Dobór tego co przetłumaczone, a co okraszone przypisem jest na tyle chaotyczny, że trudno tu się doszukać klucza, jakim posługiwał się tłumacz lub redaktor. Zastanawiający jest również fakt pozostawienia w oryginale żałobnych sutr (s. 55) oraz formuły namu amida butsu (s. 55, 73-75), pomimo, że w przypisie numer 38 i tak zawarto jej tłumaczenie („przyjmuję schronienie w Amidzie”). Nie jest to pierwsza japońska powieść wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale do tej pory nie zdarzyło się, aby tak usilnie starano się uwypuklić japońskość tekstu.

Agata Czapkowska


Tytuł: Stacja Tokio Ueno
Tytuł oryg.: JR Ueno eki kōen guchi (JR上野駅公園口)
Autor: Yū Miri
Tłumacz: Dariusz Latoś
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania: wrzesień 2019 r.
ISBN: 978-83-233-4856-6


[1] OECD Economic Survey: Japan 2019, https://www.oecd-ilibrary.org/economics/oecd-economic-surveys-japan-2019_fd63f374-en [dostęp 03-10-2020].
[2] OECD HC 3.1 Homeless Population, https://www.oecd.org/els/family/HC3-1-Homeless-population.pdf  [dostęp 03-10-2020].
[3] Japan’s homeless ‚net cafe refugees’ seek shelter amid virus woe, https://www.france24.com/en/20200415-japan-s-homeless-net-cafe-refugees-seek-shelter-amid-virus-woe [dostęp 03-10-2020].