Sayaka Murata i „Konbini Ningen” – pytania o normalność

Październik 15, 2017

Japońskie konbini to całodobowe mini-markety, w których można kupić niezbędne artykuły codziennego użytku od spożywczych po kosmetyki, produkty papiernicze, czy gazety. Do tego można opłacić w nich rachunki, wysłać faks czy kupić bilety na zbliżające się wydarzenie kulturalne. Szyldy najpopularniejszych sieci konbini wtopiły się już w pejzaż japońskich miast i trudno wyobrazić sobie, jak można funkcjonować bez nich.

To zupełnie prozaiczne, ale niezastąpione w codziennym życiu miejsce niekoniecznie kojarzy się z tematem na powieść – ot, może ze sceną lub dwoma, jakimś napadem w nocy czy miejscem przypadkowego spotkania bohaterów. Innego zdania jest pisarka Sayaka Murata, która za Konbini Ningen (lit. Człowiek konbini) w 2016 roku otrzymała nagrodę Akutagawy, jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich w Japonii. Media wspólnie okrzyknęły jej dzieło „pierwszą w historii powieścią o konbini”. Ale konbini – choć bez niego nie byłoby tej powieści – tematem jest tylko z pozoru.

Keiko Furukura od najmłodszych lat miała problemy z dopasowaniem się do otoczenia. Gdy inne dzieci w parku płakały nad znalezionym martwym ptaszkiem, ona sugerowała matce, by zabrały truchełko do domu i upiekły; gdy chłopcy w szkole dokazywali i nikt nie mógł ich uciszyć, Keiko zrobiła to przy pomocy łopaty, którą zdzieliła łobuza po głowie. Dziewczynka nie rozumiała, dlaczego jej zachowania – przecież racjonalne i prowadzące do oczekiwanego celu – są krytykowane i piętnowane przez przerażonych rodziców, nauczycieli i kolegów. By nie narażać siebie i bliskich na więcej przykrych sytuacji, wycofała się, zamknęła w sobie i tak trwała do 18 roku życia, gdy otrzymała pracę w nowo otwierającym się mini-markecie. Keiko „narodziła się” na nowo jako pracownik konbini.

Mija 18 lat. Pomimo zbliżającej się czterdziestki bohaterka nadal jest zatrudniona w tym samym sklepie. Praca w konbini jest dla niej czymś więcej niż metodą na zarobienie pieniędzy – staje się jej sposobem na życie i powołaniem. Je i śpi po to, by przygotować ciało i umysł na kolejny dyżur. Wystarczy, że zamyka oczy, rozpoznaje wszystkie dźwięki, które otaczają ją w sklepie: kroki klientów między półkami, otwieranie drzwi lodówki, produkty, przesuwające się po pochyłych półkach. Wie, które towary wyeksponować w zależności od pogody i pory dnia. Tu Keiko czuje się bezpiecznie: ma swój podręcznik postępowania oraz uniform, w którym płeć, wiek, a nawet narodowość przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Każda akcja wywołuje określoną reakcję, w konbini nie ma miejsca na dowolność i zbytnią kreatywność, nie ma więc zagrożenia, że znowu popełni społeczne faux pas. Bohaterka nie szuka stałej pracy, ani nie wychodzi za mąż, czego po cichu oczekiwaliby od niej rodzice i młodsza siostra (oraz całe społeczeństwo). Czymś naturalnym jest, że człowiek postępuje według ogólnie przyjętych norm, we właściwym czasie kończy szkołę, studia i zaczyna pracę na etacie. Kobiety, które decydują się na założenie rodziny, najczęściej przerywają lub  kończą karierę, a po odchowaniu dzieci często wracają do pracy w niepełnym wymiarze godzin i bez perspektyw na awans. Każde odstępstwo od normalności przyjmowane jest z podejrzliwością, przestrachem i koniecznie wymaga naprostowania. Keiko, która decyduje się na pracę dorywczą, w oczach społeczeństwa zarezerwowaną dla studentów, matek pracujących i osób, które z różnych względów nie mogą lub nie chcą podjąć stałej pracy na etacie, jest takim odstępstwem. Posiłkując się wskazówkami młodszej siostry, skutecznie lawiruje jednak wśród pytań współpracowników i znajomych: udanie naśladuje ich sposób mówienia i ubiór, przyjaciółkom powtarza, że stałej pracy nie podejmuje z uwagi na „kiepski stan zdrowia”. Ale w nieprzewidzianych sytuacjach jej fasada zaczyna pękać, ukazując pod spodem jej nienormalność. Trudno nie zgodzić się, że Keiko nie wadzi nikomu i nie robi nic złego, żyje tylko nieco inaczej niż jej rówieśnicy. Jej relacje z innymi ludźmi są udawane i powierzchowne, ale jest doceniana jako najlepsza pracownica i na swój sposób akceptowana, choć ta akceptacja oparta jest na niedopowiedzeniach. Kobieta jest też całkowicie usatysfakcjonowana swoim sposobem na życie i na tyle, na ile osoba o jej temperamencie może być, jest dostrzegalnie szczęśliwa. Choć podczas lektury jej postawa niewątpliwie nas rozbawi, a tych bardziej empatycznych zmartwi, nie uciekniemy przed wiszącym w powietrzu pytaniem: czy my jako społeczeństwo „normalnych” mamy prawo wymuszać na niej jakiekolwiek zmiany?

Momentem przełomowym dla Keiko stanie się konfrontacja z nowym pracownikiem marketu – trzydziestokilkuletni Shiraha to element równie aspołeczny co bohaterka, ale z zupełnie innych pobudek. Jest wojującym ze światem i systemem anarchistą, niedoszłym przedsiębiorcą (marzy mu się własny start-up, na który „kiedyś” zbierze środki), kiepskim pracownikiem i do tego niechlujem. Mężczyzna otwarcie wygłasza swoje radykalne poglądy na każdy temat (najwięcej krytyki spłynie tu pod adresem społeczeństwa, które w oczach Shirahy mentalnie tkwi wciąż w okresie jōmon, a więc jeszcze w czasach neolitycznych), a do konbini przychodzi szukać żony, a nie obsługiwać klientów i przestrzegać zasad, co prowadzi do ciągłych starć z Keiko. Młodszy raptem o kilka lat, Shiraha wydaje się być przedstawicielem zupełnie innego pokolenia niż bohaterka, roszczeniowej generacji Y, a nawet całkiem innego gatunku. Pomimo otwartej wojny, para ta zawiera pewien układ, który ma na celu „unormalnić” ich w oczach otoczenia. Niestety, stanie się to tylko katalizatorem, prowadzącym do pierwszego poważnego kryzysu w uporządkowanym życiu bohaterki.

Sayaka Murata pod wieloma względami przypomina bohaterkę Konbini Ningen – skończyła 37 lat, jest niezamężna, po studiach nie podjęła pracy na etacie, ale dorabiała sobie w markecie, rozwijając karierę pisarską. Pomimo prawdziwych sukcesów literackich (już teraz ma na swoim koncie tzw. wielką trójkę: nagrodę Nomy, nagrodę Mishimy i nagrodę Akutagawy) kontynuuje tę pracę, trzy razy w tygodniu pełniąc dyżur w tym samym od lat sklepie i nie ma zamiaru z tego rezygnować. Jak twierdzi, w dni kiedy idzie do konbini pisze dużo więcej i lepiej, a gdy spóźnia się z manuskryptem, jej wydawca apeluje o to, by wzięła więcej zmian. W swojej prozie zazwyczaj wbija ostre szpileczki we współczesne społeczeństwo, piętnując jego ciemne strony. Warto wymienić tu takie powieści jak Shōmetsu Sekai (lit. Ginący świat), wydany w 2015 roku, a przedstawiający katastrofalną wizję świata, w którym sztuczne zapłodnienie jest jedyną przyjętą formą prokreacji, a pojęcia „rodziny”, „rodziców” czy „seksu” w ogóle nie istnieją, oraz opublikowany rok później równie kontrowersyjny Satsujin Shussan (lit. Morderczy poród), w którym ogólnie przyjętym prawem jest, że po urodzeniu dziesięciu dzieci kobieta ma prawo do zabicia jednej dowolnie wybranej osoby.

Konbini Ningen spotkało się z gorącym przyjęciem japońskich czytelników, jak sądzę w dużej mierze za sprawą aktualnej tematyki, nieco groteskowego klimatu i bardzo przystępnej formy. W oczach przeciętnego czytelnika nagroda Akutagawy przyznawana jest literaturze ambitnej, a przez to trudnej. Ci, którzy odważyli się sięgnąć po Konbini Ningen komentowali pozytywnie zaskoczeni, że powieść nieomal połknęli. Język Muraty jest prosty, ale celny, a łatwość odbioru nie ujmuje tej książce jej majstersztyku. W sprytny sposób autorka eksponuje naszą współczesną gotowość do determinowania, co jest właściwe, a co nie; do „spiłowywania wszystkich wystających gwoździ” nawiązując do japońskiego przysłowia. Jej bohaterowie czasem śmieszą, czasem irytują, a znana każdemu mieszkańcowi wysp japońskich realistyczna sceneria mini-marketu dodatkowo uwydatnia ich ekscentryczność i wypaczenie. Zalety te podkreślała w swoich wypowiedziach rada przyznająca nagrodę Akutagawy, w skład której wchodzi grono uznanych pisarzy-weteranów, między innymi wydawani też w Polsce Ryū Murakami, Hiromi Kawakami czy Eimi Yamada. Ta ostatnia – której zdeklarowaną wielbicielką jest również Murata – zauważyła, że po raz pierwszy odkąd od kilkunastu lat zasiada w komisji, konkursowy tekst nie tylko ją poruszył, ale i rozśmieszył. Czy powieść wzbudzi równie żywiołowe reakcje wśród zachodnich czytelników przekonamy się w przyszłym roku, gdy londyńskie Portobello Books wyda tłumaczenie powieści na język angielski zatytułowane Convenience Store Woman.

 

Anna Wołcyrz

Japonistka z pasji i z wykształcenia. Miłośniczka współczesnej prozy japońskiej, w każdym gatunku. Prowadzi bloga o nowinkach literackich: Yondoko :: 読んどこう.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

2 komentarze

  • maru Październik 22, 2017jako9:27 am

    bardzo dobry tekst. Blog yondoko takze zasluguje na szczegolna uwage. Pozdrowienia dla Pani Ani 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *